"Święta odwołane, Maryja poroniła w strefie"
13 grudnia 1981 w Polsce wprowadzono stan wojenny. 40 lat później na Podlasiu ktoś dostaje w brzuch od funkcjonariuszy białoruskich służb. Ląduje na ziemi. Ma otarcia na dłoniach i zwija się z bólu po uderzeniu. Potem zostaje wypchnięty na polską stronę granicy. Dwa dni później dostajemy wezwanie. Ból brzucha po uderzeniu. Jedziemy w cywilnych ubraniach. Czekamy pod cerkwią na sygnał. Leki i sprzęt medyczny mamy schowany w torbie z Lidla. Żeby przypadkiem się nie wydało, że jesteśmy medykami. Nie chcemy sprowadzić na nikogo niebezpieczeństwa. Nie chcemy też robić niepotrzebnego zamieszania. W głowie kołacze się tylko jedna myśl: powtórka z okupacji. I ulga, że są jeszcze osoby, które decydują się na to, żeby... udzielić schronienia.
W przerwie między dyżurem a dyżurem jedziemy nad zalew Siemianówka. Piękne miejsce. Jak w Narnii. Zwiedzasz, chłoniesz, zachwycasz się. Po powrocie okazuje się, że w okolicach Siemianówki zaginęło czterech Syryjczyków. I służby wcale się nie spieszą do tego, żeby ich znaleźć. Bańka pryska, więcej nie myślisz o Narnii. Zamiast tego na myśl przychodzi karuzela w getcie...
Wracasz pociągiem do domu z jedną z tych Osób, których dobrze jest spotkać na swojej życiowej drodze. Nagle dostajesz informację o tym, że poprzedniego wieczoru uzbrojeni policjanci wkroczyli i przeszukiwali punkt pomocy humanitarnej. Zabrali wolontariuszom dwa komputery i telefon. I przetrzymywali ich w radiowozach przez kilka godzin. Całość zakończyła się ok. 5:00 rano następnego dnia. Okazuje się, że jednym z przesłuchiwanych był brat Twojej towarzyszki podróży. I już wiesz, że to jest ten moment, kiedy trzeba zapewnić Mądre Wsparcie. Skupiacie się na tym, co można zrobić, żeby zaopiekować brata i co można zrobić, żeby zaopiekować się sobą w tej sytuacji. Udaje się. Wszyscy bezpiecznie docierają do domu. A do Ciebie dociera, że teraz to już nieważne, czy jesteś Polakiem czy Syryjczykiem. Chrześcijaninem czy Muzułmaninem. Dociera do Ciebie, że każdy może dostać wpierdol. Tylko i wyłącznie za to, że bezinteresownie niesie pomoc.
Za tydzień Wigilia. W podlaskich lasach od kilku tygodni dzieje się wszystko to, co do tej pory kojarzyło się ze szczęśliwymi świętami. Była już gwiazda, choinki, krzyż i dzieciątko. Dzieciątko oddzielone od rodziców i błąkające się w lesie w czerwonej kurtce. W minusowej temperaturze. Nie tak wyobrażałam sobie te święta. Życzę sobie i Wam, żeby za nakryciem dla zbłąkanego wędrowca szła realna pomoc.
I żeby Jezusa nie zawrócili na granicy.
Niesienie pomocy przy granicy PL-BY było trudne, bo uznawane za nielegalne. Kiedy dostawaliśmy pinezkę na nasz numer alarmowy i krótką informację o poszkodowanych, zabieraliśmy sprzęt i ruszaliśmy w teren. Wiadomości dostawaliśmy od aktywistów. Trzeba było bardzo uważać na to, żeby straż graniczna nas nie zauważyła. To mogłoby być niebezpieczne przede wszystkim dla uchodźców, którym mieliśmy udzielać pomocy. Groziło im wywózką na Białoruś. Najwięcej interwencji było w nocy. Włączaliśmy czerwone światło w czołówkach, ponieważ jest ono mniej widoczne niż białe, i szliśmy do lasu, żeby znaleźć poszkodowanych. Karetkę zostawialiśmy przy głównej drodze, resztę drogi pokonywaliśmy pieszo. Czasem mieliśmy też interwencje do domów. Mieszkańcy Pogranicza przyjmowali uchodźców do siebie. Jedni z nich na znak buntu rozświetlali dom zielonym światłem, żeby pokazać, że tutaj uchodźcy są mile widziani. Inni pomagali po cichu. Prosili, żebyśmy przyjeżdżali w cywilnych ubraniach, żeby nic nie zdradzało, że jesteśmy medykami. Na jednej z interwencji sprzęt i leki mieliśmy spakowane do torby z Lidla. Wzięcie ze sobą plecaka medycznego nie wchodziło w grę.
Kiedy wróciłam do pracy z dyżurów na Podlasiu, spotkałam się z różnymi reakcjami - z jednej strony z zaciekawieniem, a z drugiej ze ścianą zbudowaną ze stereotypów. Bo przecież tam są głównie mężczyźni, bandyci, na pewno niebezpieczni. Mają markowe kurtki, drogie telefony, na pewno nie jest im w tym lesie tak źle. Wyjaśniam: z krajów Bliskiego Wschodu wyjeżdżali głównie mężczyźni, ponieważ byli najsilniejsi. „Przecierali szlaki”, żeby móc potem ściągnąć resztę rodziny do swojego miejsca docelowego. Markowe ubrania i telefony? Mają, bo zanim znaleźli się w środku podlaskiego lasu, wiedli normalne życie. Czy ktoś z nas wyjeżdżając w daleką podróż świadomie zrezygnowałby z wzięcia telefonu? Przecież to podstawowe narzędzie łączności. Jadąc na Podlasie ja też się bałam. Nie wiedziałam kogo tam spotkam. Podczas każdej interwencji w kieszeni spodni miałam gaz pieprzowy i nóż. Na wszelki wypadek. Na samym początku już sama nie wiedziałam, czy bardziej boję się tych „obcych uchodźców” czy pracowników Straży Granicznej. Krążące dookoła historie o tym, że pracownik SG odprowadził jednego z aktywistów do samochodu trzymając go „na muszce” zdecydowanie nie ułatwiały sprawy. Zawsze w takich sytuacjach staram się nie oceniać, a raczej spróbować zrozumieć postępowanie danego człowieka. Podczas działalności na Podlasiu spotkałam i takich pracowników SG, którzy udawali, że nas nie widzą, kiedy pomagamy i takich, którzy próbowali nam zarzucić, że popełniamy przestępstwo pomagając w lesie. Nawet jeśli dobrze wiedzieliśmy, że nie jest to prawda, to sytuacja była często dość obciążająca emocjonalnie. Myślę, że tym ludziom ciężko było zająć jednoznaczne stanowisko w tej sprawie. Jeśli ktoś mieszka w miejscu, gdzie krucho z pracą, a jednak udało mu się znaleźć taką dobrze płatną, to taki człowiek raczej nie zbuntuje się, kiedy dostanie rozkaz od przełożonego dot. tego, żeby wykonać push-back. Bo przecież ma rodzinę na utrzymaniu, nie może sobie teraz pozwolić na utratę pracy. Nawet jeśli ten push back powoduje w nim wewnętrzny zgrzyt i boi się/nie chce tak postąpić... Myślę, że sytuacja, której się znaleźliśmy była trudna dla każdej ze stron. Temat migracji nigdy nie był czarno-biały. Ale mimo wszystko uważam, że nikt nie zasługuje na odczłowieczenie. Szacunek nie wymaga uzasadnień.
Praca na pograniczu polsko-białoruskim była pełna kontrastów. Najbardziej uderzyło mnie to, jak różnie traktowani są ludzie w zależności od koloru skóry i wiary, jaką wyznają. Drugą rzeczą, która zwróciła moją uwagę było to, jak różne są postawy mieszkańców Pogranicza. Jedni buntowali się głośno, inni pomagali po cichu. Trzecią rzeczą była myśl, że chyba każde pokolenie w historii musi mieć swoje doświadczenie podziemia. Działalność na Pograniczu PL-BY była dla mnie jednym z takich doświadczeń. Nie mieściło mi się w głowie, że w XXI wieku muszę ukrywać swoją profesję, ponieważ władze mojego kraju uważają, że udzielanie pomocy jest nielegalne. W głowie został mi jeszcze jeden obrazek. Któregoś wieczoru wyszłam przed dom, w którym mieszkałam, żeby porozmawiać przez telefon. Na zewnątrz był lepszy zasięg, podeszłam bliżej bramy. Nagle zobaczyłam, że drogą jedzie samochód. Zaczyna hamować i zatrzymuje się obok mnie. Okazało się, że to samochód straży granicznej. Zakończyłam rozmowę telefoniczną i obserwowałam, co się wydarzy. Strażnik zapytał, co tu robię. Na szczęście chwilę wcześniej, kobieta, u której mieszkałam przyszła porozmawiać, opowiedziała o swojej rodzinie, znałam zatem niektóre szczegóły z ich życia, które teraz okazały się bardzo przydatne. Spokojnie odpowiedziałam, że przyjechałam w odwiedziny do pani X. Okazało się, że strażnik znał tę rodzinę, zapytał o męża, o dzieci, poprosił, żeby pozdrowić wszystkich i życzył dużo zdrowia. Na koniec dodał, bez złośliwości, ale z wyczuwalną w głosie ulgą: Bo wie Pani, na początku myśleliśmy, że się Pani zgubiła. W lesie. Wtedy do mnie dotarło, że nawet na podwórku przy domu człowiek nie może czuć się bezpiecznie. I, że gdybym nie znała szczegółów z życia tej rodziny, u której przebywałam, to sytuacja mogłaby się skończyć różnie. Bo przecież nie mówię z podlaskim akcentem, więc od razu dało się wyczuć, że jestem tu „obca”. A obca często z założenia oznacza podejrzana.
We wrześniu 2023 swoją premierę miał film „Zielona Granica”. Tylko Agnieszka Holland mogła zrobić to, czego my, medycy, aktywiści często nie byliśmy w stanie. Pomieścić w sobie obrazy, emocje, granice... i stworzyć wielowymiarowy, uniwersalny, prawdziwy obraz niełatwych realiów kryzysu migracyjnego. Odwołanie w epilogu do sytuacji na granicy polsko-ukraińskiej z początku rosyjskiej inwazji tworzy dającą do myślenia puentę. Działając przy granicy PL-BY odbierałam sytuację bardzo podobnie. W filmie jest ona przedstawiona z różnych perspektyw. Jest perspektywa aktywistów, uchodźców, pracowników Straży Granicznej. Uważam, że Agnieszka Holland nie ocenia. Pokazuje wielowymiarowość tamtejszych realiów i robi to rzetelnie i z czułością. Wiele scen przedstawionych w filmie wciąż nie mieści mi się ani w głowie ani w sercu. Rozpoznaję miejsca, sytuacje, postacie i wiem, że te sceny niestety są prawdziwe. Choć naprawdę wolałabym, żeby to była fikcja.

Komentarze
Prześlij komentarz